Kuchnia polska w restauracji
Będąc w dalekiej i długiej podróży przez Syberią przyśniła mi się restauracja… Coś, o co się nie posądzałam, czyżbym zatęskniła za Europą i „normalnym” jedzeniem? No cóż nie ma się, co dziwić, gdyż tam, gdzie byłam, w wakacje jest + 40oC, ale poza licznymi wtedy komarami nie ma tam uprawianych owoców czy warzyw. A to zasługa zimy, która tu jest długa i szczyci się mrozami około -60oC. Ziemia długo jest zmrożona i nic na niej się nie uprawia. Dlatego w menu autochtonów są głównie ryby z licznych tu rzek i jezior. Bolesne doświadczenie ubogiego i niezbyt lubianego przeze mnie jadłospisu było potęgowane przez fakt, że następnym celem naszej podróży była Mongolia, gdzie poza koziną czy baraniną nie serwuje się nic. Dodam jeszcze, że mięsa te podawana są bez przypraw i to najczęściej w formie gotowanej. Stąd zapewne w moim śnie pojawiła się restauracja. Po paru dniach na głębokiej Syberii zapragnęłam odwiedzać jedynie restauracje wegetariańskie. Marzyłam o owocach i sałatkach jak nigdy dotąd. Dlatego jadąc przez Ułan-Bator pomyślałam, że to jedyne miejsce w Mongolii, gdzie mogę zjeść coś bez mięsa. Oczywiście o barach wegetariańskich nie ma tu mowy, więc pocieszam się restauracją, gdzie w menu wywieszonym przed drzwiami widnieje sałatka warzywna. Rozszyfrowanie tego zapisu zajęło mi dużo czasu, więc tym bardziej ochoczo wchodzę do środka. Restauracja niczego sobie, nawet europejski kibelek jest i kelner ubrany w białą koszulę, zapowiada się apetycznie... Zamawiam sałatkę, wskazując palcem na rozszyfrowaną przeze mnie wcześniej pozycję w menu. Jakież było moje zdziwienie, gdy otrzymałam sałatkę złożoną z ziemniaków, majonezu i mięsa. Na nacieszenie się jedzeniem bezmięsnym musiałam czekać jeszcze długie tygodnie nim dojechaliśmy do Chin. Tam w restauracje serwowały niezliczoną ilość warzyw na wiele sposobów a zamiast mięsa podawano tofu.